The True Story Behind Biohazard

Prosto z Capcomu :)
Awatar użytkownika
Diadem
Posty: 1810
Rejestracja: sob 16 cze, 2007
Lokalizacja: Sosnowiec

The True Story Behind Biohazard

Post autor: Diadem » pt 20 mar, 2009

Książka wydana w 1997 roku w Japonii. Zawiera nie umieszczone w grze, oryginalne listy Georga Trevora, wzbogacone licznymi ilustracjami z wersji beta Resident Evil, opisy postaci oraz krótkie opowiadanie „Biohazard: The Beginning” autorstwa Hiroyuki Ariga. Na końcu książki umieszczony jest również wywiad z producentem gry Resident Evil – Shinji Mikami.

Pozycja nigdy nie została wydana w języku angielskim, ale częściowo została przetłumaczona przez fanów. Opowiadanie „Biohazard: The Beginning”, gdzie narratorem jest Chris Redfield opisuje historię jaka przydarzyła mu się przed incydentem w willi Spencera. Chris wspomina również powstanie jego jednostki i rozwinięcie działalności przez korporację Umbrella w Raccoon City.

Przetłumaczone listy Trevora i opowiadanie dostępne pod linkiem:
http://www.the-horror.com/imagedisplay. ... bb/001.png
Polecam zagorzałym fanom.
Ostatnio zmieniony pt 20 mar, 2009 przez Diadem, łącznie zmieniany 1 raz.

pinek
Posty: 537
Rejestracja: pn 19 sty, 2009
Lokalizacja: co skad?

Post autor: pinek » pt 20 mar, 2009

Na razie przeczytałem tylko pamiętnik Trevora i jestem pod wielkim wrażeniem. Całość jest napisane z wielką dozą "klimatu", nie pewność, strach, szaleństwa, no i ten smaczek w postaci zapalniczki. Miło było również zobaczyć arty z rezydencji i zobaczyć jak wyglądała w innym świetle, niby jest taka sama jaka znamy ją z 1 części...
Ostatnio zmieniony pt 20 mar, 2009 przez pinek, łącznie zmieniany 1 raz.
---->www.pajacyk.pl<----

Awatar użytkownika
Diadem
Posty: 1810
Rejestracja: sob 16 cze, 2007
Lokalizacja: Sosnowiec

Post autor: Diadem » śr 23 gru, 2009

Jak wspomniałem w pierwszym poście tego tematu, książka The True Story Behind Biohazard wydana w Japonii i nigdy nie przetłumaczona oficjalnie na język angielski zawiera opowiadanie &#8222;Biohazard: The Beginning&#8221;. Opowiadanie to zostało przetłumaczone (niestety nie w całości :( ) przez fanów na język angielski, ja natomiast postarałem się przetłumaczyć te fragmenty na język polski.
Akcja opowiadania ma miejsce przed incydentem w willi Spencera, a narratorem jest Chris Redfield. Ważny tekst dla fanów interesujących się fabuła Resident Evil.

Na początek rozdział pierwszy z trzech. Jutro dorzucę drugi, który już kończę tłumaczyć, a za kilka dni trzeci.

Miłego czytania :rad12:

BioHazard - Początek
Autor: Hiroyuki Ariga


Rozdział pierwszy - Telefon w środku nocy

Nie ma nic gorszego niż telefon w środku nocy... Gdy odbieram taki telefon przeważnie jest to jakaś zła wiadomość, ewentualnie mój rozmówca okazuje się na przykład pijanym facetem, który pomylił numer wydzwaniając do swojej kochanki. Zawsze się wtedy denerwuję i można powiedzieć, że odczuwam strach przed tymi nocnymi telefonami. Już prawie od pięciu lat...

Wtedy to odebrałem telefon, w którym policja poinformowała mnie o śmierci rodziców. Moja matka i ojciec udawali się na urlop. Podczas jazdy autostradą ich samochód został zmiażdżony przez ciężarówkę. Ciała rodziców były tak zmasakrowane, że dla pewności wykonano ekspertyzy dentystyczne potwierdzające ich tożsamość. Telefon zawiadamiający mnie o tym zdarzeniu, odebrałem o drugiej w nocy...

Krótko po tym wstąpiłem do STARS - jednostki specjalnej policji w Raccoon City. Ta elitarna jednostka zajmowała się najtrudniejszymi policyjnymi sprawami, seryjnymi zabójstwami czy zbrodniami ze szczególnym okrucieństwem. Naszym zadaniem było przeciwdziałanie zorganizowanej przestępczości, terroryzmowi, ochranianie świadków, odbijanie zakładników...

Nieporównanie więcej zbrodni popełnianych jest nocą. Większość ludzi wtedy śpi, więc zazwyczaj nie ma żadnych świadków takich przestępstw. Trudno złapać wtedy kogoś na gorącym uczynku... Czasami zwłoki ofiar morderców pozostają nieodkryte do rana i gdy przybywamy na miejsce są już sztywne jak deska. Ostatnio miałem właśnie do czynienia z serią takich tajemniczych morderstw...

Tak... telefon w nocy nigdy nie wróży nic dobrego, a właśnie dwadzieścia minut temu odebrałem taki telefon. Śniłem, że jestem gwiazdą rocka, obleganą przez rzesze fanek, gdy nagle zbudził mnie telefon od Billy'ego, mojego najlepszego przyjaciela z czasów szkolnych. Każdy chyba lubi gdy dzwonią do niego przyjaciele, nawet w środku nocy, ale to nie było zwykłe połączenie. Chyba, że... rozpoczęto instalowanie telefonów w trumnach...

Billy, został przecież pochowany trzy miesiące temu!! Rozmawiałem z duchem??
Głos dobiegający ze słuchawki mówił: "Chris... Chris, to ja Billy. Proszę, pomóż mi..."
"Co?? Billy, to Ty? Co to za żarty..." - odpowiedziałem.

Ilustracja 1

Mój stary kumpel Billy był naukowcem pracującym dla korporacji farmaceutycznej Umbrella, jednej z największych tego typu na świecie. Trzy miesiące temu dostał przeniesienie z Raccoon City do laboratorium korporacji w Chicago. Podróż miał odbyć wraz z innymi naukowcami na pokładzie samolotu należącego do Umbrelli. Godzinę po starcie wieża kontrolna straciła samolot z radaru i łączność z maszyną.

Następnego dnia rano kuter płynący po jeziorze Michigan natknął się na pływające szczątki samolotu i ciała ośmiu ofiar katastrofy. Ciał pozostałych dwunastu osób przebywających na pokładzie odrzutowca nie odnaleziono. W tym również ciała Billy'ego.
Założono, że ich zwłoki opadły na dno głębokiego jeziora wraz z wrakiem samolotu. Poszukiwania wstrzymano i sprawę zamknięto, a teraz ten telefon... To na pewno jakiś żart..

"Kimkolwiek jesteś, masz chore poczucie humoru" - powiedziałem. Gdybym wiedział kto to, udusiłbym tą osobę gołymi rękoma.
"Chris, przysięgam, że to naprawdę ja, Billy..." - usłyszałem odpowiedź.

Starałem się teraz poznać dzwoniącą osobę po głosie i rzeczywiście był bardzo podobny do głosu Billy'ego jaki pamiętałem.
"Skoro jesteś Billy'm to powiedz jak przeżyłeś katastrofę samolotu?" - spytałem.

"Nie było mnie w samolocie, który się rozbił, Chris. Odrzutowiec korporacji po starcie został skierowany na prywatne lotnisko. Tam część naukowców, w tym mnie, wysadzono i przywieziono samochodem z powrotem do Raccoon City. Samolot wystartował i rozbił się, gdy mnie nie było już na pokładzie!".

W tym momencie, naprawdę uwierzyłem, że rozmawiam z moim przyjacielem.
"Co się dzieje Billy? Dlaczego korporacja, wysłała Cię do innego miasta, a potem potajemnie przywiozła z powrotem? Dlaczego nie poinformowano Twojej rodziny, że żyjesz?? Nic nie rozumiem...".

"Musiałem zniknąć" - odpowiedział Billy.

Usiadłem na łóżku i spojrzałem na zegar. Była pierwsza w nocy. Spałem tylko kilka godzin. Czyżby cała ta historia mi się śniła? Chyba nie jest to efekt wypicia kilku drinków wczorajszego wieczora... Gdy się tak zastanawiałem, Billy kontynuował: "Zakładam, że korporacja Umbrella miała ważne powody, aby zejść do podziemia i ukryć nas przed światem. Myślę, że nic dobrego z tego nie wyniknie Chris. Stałem się częścią czegoś co jest wielkim błędem..."

Otworzyłem butelkę wody mineralnej i wypiłem kilka głębszych łyków. O jakim błędzie mówi Billy?

"Chciałbym Ci o wszystkim powiedzieć Chris, ale nie mogę przez telefon. Rozumiesz??".

"Prawdę mówiąc nie rozumiem, dlaczego mój przyjaciel tak się zachowuje" - odpowiedziałem.

"Chris, ja znam ich sekret. Najbardziej przerażający sekret jaki można sobie wyobrazić".

"Jaki sekret? O czym Ty mówisz?".

"Znam tajemnicę seryjnych morderstw i zaginięć, którą próbujesz rozwiązać".

"Nie graj ze mną Billy. Musisz podzielić się ze mną wszystkim co wiesz!".

"Dobrze. Jesteś jedyną osobą której mogę zaufać, ale nie przez telefon. Linia może być na podsłuchu".

"Na pewno nikt nas nie podsłuchuje Billy...".

"Nic teraz nie powiem!" - odpowiedział wyraźnie zdenerwowany.

"Co chcesz więc zrobić?" - spytałem.

"Musimy się spotkać. Tylko Ty i ja".

"Dobrze, powiedz tylko gdzie i kiedy".

"Spotkajmy się w parku nad jeziorem Victory. Wiesz gdzie? Jezioro na północ od Raccoon City. Przyjedź najszybciej jak to możliwe!".

"Po co ten pośpiech?" - spytałem.

"Ci ludzie będą chcieli mnie zabić...".

Ilustracja 2

Odpowiedz Billy'ego zwaliła mnie z nóg. Przed chwilą odzyskałem przyjaciela i za chwilę miałby znowu umrzeć?!

"Już się zbieram Billy. Będę tam za trzydzieści pięć-czterdzieści minut".

Mój przyjaciel nic już na to nie odpowiedział. Usłyszałem jeszcze coś... coś jakby oddalony krzyk i Billy rozłączył się. Tak zakończyła się moja rozmowa z "duchem"...


Nałożyłem to samo ubranie, które ściągnąłem dwie godziny temu kładąc się spać, zabrałem szybko z lodówki kolejną butelkę wody mineralnej i wypiłem połowę jednym wielkim haustem. Drugą połowę butelki dla szybszego otrzeźwienia, wylałem natomiast na głowę w drodze do mojego samochodu. Lepiej być mokrym i żywym, niż suchym i martwym, pomyślałem.

Wsiadłem do mojego Shelby Cobra i ruszyłem z piskiem opon w kierunku jeziora Victory. Bez problemu powinienem dojechać tam w czterdzieści minut. Moje autko dowiezie mnie wszędzie gdzie zechcę... Jadąc przez śródmieście siłą rzeczy musiałem jednak trochę spuścić z tonu i często wciskać pedał hamulca.

Gdy siedziałem za kierownicą, zamyśliłem się, wracając do przeszłości mojej i Billy'ego. On i ja byliśmy nierozłączni w czasach szkolnych. O moim przyjacielu można było powiedzieć, że był wzorem ucznia. Nigdy nie miał problemów z egzaminami, podczas gdy ja... wręcz przeciwnie. W dodatku często zdarzało mi się lądować na dywaniku u dyrektora za różne wyskoki. Mimo, że byliśmy tak różni, razem tworzyliśmy "wybuchową mieszankę".

Po ukończeniu szkoły, Billy studiował na Massachusetts Institute of Technology. Ja, wiedząc, że nie mam szans na studiach, postanowiłem związać swoje życie z wojskiem i tak rozpoczęła się moja kariera w Siłach Powietrznych Stanów Zjednoczonych. Nie widzieliśmy się wtedy przez cztery lata. Co jakiś czas pisałem do niego listy, ale... on nie odpisywał... Nauka, zabrała mi przyjaciela.

Kilka miesięcy po skończeniu studiów Billy dostał etat w placówce korporacji Umbrella w Raccoon City. Rok po nim do tego miasta przybyłem ja i stałem się członkiem elitarnej jednostki STARS. Szybko wznowiliśmy przyjaźń, widywaliśmy się często, ale Billy dostał przeniesienie do Chicago... Nie ucieszyła go ta wiadomość. Stał się cichy, zamyślony, smutny... Wtedy widziałem go po raz ostatni. Zawsze zastanawiało mnie, czemu nie odpisał na ani jeden mój list... Pomyślałem teraz, że może już w czasie studiów narobił sobie jakichś problemów, które teraz go dosięgnęły na dobre?

Wreszcie wyjechałem z miasta. Teraz droga biegnie niemal idealnie prosto, bez żadnych ostrych zakrętów, a ponieważ ruch o tej porze był żaden, znowu mocniej docisnąłem pedał gazu. Mój Shelby odpowiedział ostrym rykiem ośmiocylindrowego silnika i poczułem jak moje ciało wciska się w fotel. Wskazówka prędkościomierza pokazała ponad sto mil na godzinę.

Ilustracja 3

Po kilku minutach wyczynowej jazdy, spostrzegłem pierwsze wzgórza zwiastujące ostre zakręty, co bardzo "ułatwiło mi" ściągnięcie nogi z gazu. Zbliżałem się do gór Arklay. Droga stała się teraz stroma, ale ja bardzo nie zwolniłem. Uwielbiałem jazdę w górach. Pokonywałem jedną serpentynę za drugą i kolejną i następną, aż ręce bolały od kręcenia kierownicą.

Gdy wychodziłem z ostrego zakrętu w blasku reflektorów zobaczyłem kobietę, która nie stąd ni zowąd stała na środku jezdni. Jechałem z prędkością około siedemdziesięciu pięciu mil na godzinę. Wcisnąłem pedał hamulca, ale byłem zbyt blisko. Wiedziałem, że nie dam rady się zatrzymać. Skręciłem kierownicę i mijając o włos kobietę wpadłem w poślizg lądując na poboczu drogi.

Silnik mojego Shelby zgasł. Siedziałem w nim kilkanaście sekund zastanawiając się czy wszystkie moje kości są całe. Wokół rozchodził się zapach spalonych opon. To ewidentnie nie był mój dzień... Pomyślałem o kobiecie i wyszedłem z auta, aby sprawdzić, co się z nią stało. Leżała na jezdni, kilkanaście stóp od auta, chociaż nawet jej nie drasnąłem. Podszedłem do niej i z przerażaniem zauważyłem, że całe jej ciało pokryte było otwartymi ranami!

Wyglądała naprawdę strasznie. Miała otwarte złamania, a z ciała tryskały gejzery krwi. Uklękłem przy niej, złapałem za dłoń. Kobieta żyła i próbowała coś mówić. Zrozumiałem tylko jedno słowo - "Pomocy". Nie umiała mówić. Jej gardło było rozerwane, jakby coś ją... ugryzło i próbowało wyszarpać kawał mięsa. Podobne ślady miała na karku, jakby
rekin wgryzł się w jej ciało. Przez całą swoją karierę w wojsku i STARS nigdy czegoś takiego nie widziałem.

"Dobry Boże, co tu się stało..." - wyszeptałem.

Moje ręce pokryte były lepką krwią. Nie mogłem na to patrzeć, nie mogłem znieść tego zapachu i wtedy usłyszałem krzyk. Odwróciłem się w stronę skąd dobiegł i dopiero teraz zobaczyłem, że kilkanaście metrów ode mnie leży na dachu rozbity kabriolet.

Wokół niego kręciło się jakieś zwierzę. W blasku księżyca nie wiele było widać, ale wyglądało jak pies. Bardzo duży pies... Po chwili zauważyłem, jednak, że nie jest to zwykłe zwierzę, tylko jakaś wyrośnięta i wściekła bestia. Ktoś nadal był we wraku, znowu krzyknął, a pies wtargnął do środka rozbitego pojazdu i po chwili szarpaniny krzyki ustały...

Podbiegłem do swojego auta i wyciągnąłem swoją Berettę. Oddałem strzał w powietrze. Bestia nie przestraszyła się jednak. Wręcz przeciwnie, zwróciła na mnie teraz swoją uwagę. Miała piekielnie czerwone oczy i pożółkłe kły, które wydawały się wielkie jak u tygrysa.

Ilustracja 4

Potwór zawył jak wilk, zeskoczył z maski rozbitego wozu i zbliżał się do mnie. Zauważyłem, że trzyma coś w pysku. To było ludzkie oko, które po chwili rozgryzł i połknął. Poczułem, że włosy jeżą mi się na głowie...
"Spokojnie, Chris, spokojnie, Ty masz broń, a on nie" - pocieszałem się.

Poczułem teraz jego zapach, a właściwie odór. Śmierdział zgniłym, trupim mięsem...
Chwyciłem mocniej pistolet i wystrzeliłem prosto w to coś. Rozległ się huk, pocisk trafił potwora i... NIC!

NIC!!

Nie ma krwi, nie ma rozerwanego ciała! Nie chybiłem, wiem, że nie chybiłem. To niemożliwe... Nie było żadnej dziury po kuli! Mój strzał nie zrobił na zwierzęciu żadnego wrażenia. Co to za bestia?!

Po chwili wystrzeliłem cały magazynek w kierunku potwora, jak jakiś szaleniec, ale nie zrobiło to na nim wielkiego wrażenia. Cofnąłem się do swojego auta, aby przeładować broń i wtedy zauważyłem, że bestia straciła zainteresowanie mną.
Zawyła raz jeszcze, przeskoczyła przez maskę mojego Shelby i uciekła wgłąb lasu.

Przez chwilę siedziałem ukryty za samochodem, nie wiedząc czy już jestem bezpieczny. Wyjąłem z Beretty pusty, ciepły jeszcze magazynek i załadowałem nowy. W końcu wyszedłem z ukrycia i zbliżyłem się do rozbitego kabrioleta.

Kierowca oczywiście nie żył, rozerwany na strzępy podobnie jak kobieta, którą wcześniej widziałem. Dosłownie brakowało mu połowę twarzy. Tylko jedno oko zwisało z oczodołu, a między fragmentami rozbitej czaszki widać było lekko różowy, błyszczący mózg. Całe ciało drżało jeszcze i wyglądało, jakby wyszło z maszynki do mięsa. Właściwie nie przypominało już z wyglądu człowieka. Ta bestia musiała mieć niesamowitą siłę, aby dokonać czegoś takiego...

Schowałem broń, wróciłem do samochodu i zapaliłem papierosa. Skontaktowałem się z posterunkiem w Raccoon City zawiadamiając o tym co się tutaj stało.

Widziałem wiele wypadków śmiertelnych w ostatnim czasie. Dziwnych wypadków śmiertelnych. W sumie było ich pięć, nie licząc tej dwójki, która dziś zmarła na moich oczach. Pierwszy raz zdarzyło się to pół roku temu i jak widać trwa do dziś. Do tej pory myśleliśmy, że to jakiś psychopata morduje ludzi. Prasa ciągle na nas naciskała, zarzucając, że nie pracujemy odpowiednio szybko, aby sprawnie rozwiązać tą zagadkę. Tymczasem policja nie miała nawet motywu tych zbrodni.

I teraz to...

Po kilkunastu minutach usłyszałem dźwięk syren radiowozów policyjnych. Byli jeszcze o parę minut stąd. Postanowiłem, że nie będę dłużej czekał. Odpaliłem mój samochód, wróciłem na jezdnię i ruszyłem w dalszą drogę do Jeziora Victory. Myślałem, że będę na czas, a jestem bardzo spóźniony...
Ostatnio zmieniony śr 23 gru, 2009 przez Diadem, łącznie zmieniany 3 razy.

nemesisdestro
Posty: 1575
Rejestracja: wt 10 kwie, 2007
Lokalizacja: Poznań

Post autor: nemesisdestro » śr 23 gru, 2009

super sprawa, wielkie dzięki za poświęcenie swojego czasu na przetłumaczenie tego tekstu :)

Awatar użytkownika
Diadem
Posty: 1810
Rejestracja: sob 16 cze, 2007
Lokalizacja: Sosnowiec

Post autor: Diadem » śr 23 gru, 2009

Rozdział drugi był króciutki i korekta poszła szybciej niż myślałem. Oto i on...

EDIT: Dodałem też ilustracje do obu rozdziałów.

Rozdział drugi - Policja RPD

Letnia noc była wyjątkowo gorąca. Kropelki potu spływały po moim karku wsiąkając w koszulkę. Od strony jeziora wiał ciepły, przyjemny wiatr. Było bardzo cicho i spokojnie...

Spóźniłem się trzydzieści minut na spotkanie...

W dzień, ten park położony nad jeziorem tętni życiem. Ludzie przyjeżdżają tu całymi rodzinami, aby odpocząć. Często tłumy są takie, że nie ma gdzie zaparkować samochodu. Teraz nie ma tutaj nikogo, a księżyc oświetla tylko mojego srebrnego Shelby. Gdzie jest człowiek, który podawał się za Billy'ego? Może odszedł myśląc, że się nie pojawię? A może to naprawdę był tylko głupi kawał?

Postanowiłem rozejrzeć się po okolicy. Wyjąłem z bagażnika samochodu dużą latarkę i ruszyłem brzegiem jeziora. Przypomniało mi się teraz, jak mój rozmówca mówił, że ktoś może czyhać na jego życie...

Nad brzegiem jeziora znajdowała się stara chata na łodzie. Jako dzieci, razem z Billy'm często tam się bawiliśmy. Powoli otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Wewnątrz było bardzo ciemno. Światło latarki ukazało mym oczom stare łodzie, kajaki i liny zwisające ze ścian. Wszystko pokryte grubą warstwą kurzu i pajęczynami.

"Billy, jesteś tu? To ja, Chris" - zawołałem, lecz nikt mi nie odpowiedział... Przeszukałem pomieszczenie, potykając się o jakieś części silników i narzędzia. Nie znalazłem nic podejrzanego. Gdy już wyszedłem z powrotem za zewnątrz zobaczyłem, że na ziemi leży jakiś mały, mocno błyszczący, metalowy przedmiot. Co to może być?

Gdy podniosłem przedmiot z ziemi i przyjrzałem się bliżej zauważyłem, że jest to złoty łańcuszek z okrągłym wisiorkiem. Już go wcześniej widziałem! Rok temu dałem dwa takie same łańcuszki Billy'emu i jego dziewczynie Rose. To było na ich zaręczynach!
Nie może być mowy o żadnej pomyłce, dokładnie pamiętam ten łańcuszek.

Rose nie umiała pływać, bała się wody, nigdy nie chciała nawet wejść do jeziora. Musi to więc być łańcuszek Billy'ego. Teraz już jestem pewien, że to nie żaden kawał. Billy żyje i na pewno był tutaj! Zacząłem nawoływać mojego przyjaciela po imieniu, ale odpowiadał mi tylko wiatr, którego mocniejsze podmuchy pochylały parkowe drzewa.
"Billy, dlaczego na mnie nie zaczekałeś...".

Wsiadłem do samochodu i ruszyłem w drogę powrotną, aby sprawdzić, jak wygląda zabezpieczanie śladów na miejscu wypadku. Przyjechało aż pięć radiowozów, holownik i ambulans, który mógł tylko zabrać ciała ofiar.

Może Billy'ego też napadło to zwierzę? Mówił mi przez telefon, że tutaj w Raccoon City prowadził jakieś doświadczenia i że wydarzyło się coś nieprzewidzianego... Cholera, co on mógł badać? Może to wszystko jest jakoś powiązane...

Przekroczyłem żółtą taśmę, którą oznaczone było miejsce wypadku. Rozmowy policjantów mieszały się z odgłosami policyjnych radiostacji. Ktoś robił zdjęcia ofiar, ktoś inny zbierał próbki krwi. Wtem podszedł do mnie Brian Irons - szef policji Raccoon City i jeden z twórców jednostki specjalnej STARS.

"A tutaj jesteś. Już się zastanawiałem gdzie się podziewa facet, który znalazł te ciała".

"Wydawało mi się, że widzę winowajcę tego przestępstwa i ruszyłem za nim w pogoń samochodem" - odpowiedziałem. Nie mogłem przecież powiedzieć, że opuściłem miejsce przestępstwa, bo musiałem spotkać się z przyjacielem.

"Winowajce, powiadasz...". Zauważyłem błysk w oczach komendanta. Wyglądał na bardzo zdziwionego...

"Lecz go nie dogoniłem...".

"Aha, tak jak myślałem... A potrafiłbyś go rozpoznać?" - spytał, patrząc na mnie z niedowierzaniem.

Irons zawsze patrzył na swoich podwładnych z góry. Lubił podkreślać, że to on jest najważniejszy i jego zdanie ma największą siłę przebicia. Miał dużą rządzę władzy. Krążyły nawet pogłoski, że chce kandydować na burmistrza Raccoon City, miasta które rozwija się w bardzo szybkim tempie.

Kiedyś Raccoon City, było małym miasteczkiem położonym wśród pól uprawnych, bez wielkich zakładów przemysłowych. Jednak od kiedy korporacja Umbrella wybrała sobie to miejsce na jedną ze swoich głównych siedzib, zmieniło się tutaj wszystko. Miasto się rozrastało, powstawały nowe dzielnice, które przekształcały się w sypialnie dla pracowników Umbrelli, zatrudnionych w jej zakładach. Ci pracownicy mieli swoje potrzeby, powstawały więc nowe sklepy, szkoły, szpitale, rozwijała się komunikacja miejska, powstało nawet metro. Do wszystkich inwestycji dokładała się Umbrella. Wszystko co związane jest z tym miastem, związane jest również z tą firmą...

"Wiesz, że jeżeli będziesz przeciwny mojej kandydaturze na burmistrza Raccoon to nie zabawisz długo w STARS" - rzucił w moim kierunku. "Nawet dziecko to wie" - dodał z pogardą. Domyślał się, że jestem mu przeciwny. Nigdy za sobą nie przepadaliśmy. Zignorowałem jego zaczepkę, zapaliłem papierosa i odwróciłem się od niego. Wiedziałem, że komendant od jakiegoś czasu mnie obserwuje. Nawet gdy nie było go w pobliżu, czułem jakbym był śledzony przez niego.

Podczas gdy miasto się rozrastało, razem z jego rozwojem nastąpił drastyczny wzrost przestępczości. Wystarczyło zerknąć w statystyki. Wszyscy to widzieli, również oficjele Umbrelli, dlatego zaproponowali, że dołożą się do pieniędzy podatników w celu stworzenia specjalnej jednostki zajmującej się najcięższymi przestępstwami. Jednostka ta współpracując z policją miała pomóc zaprowadzić porządek w mieście. W taki oto sposób powstał w Raccoon oddział STARS. Podobne jednostki STARS funkcjonowały też w innych miastach...

Pierwszym dowódcą STARS Raccoon City został właśnie Brian Irons. Dwa lata temu awansował na komendanta całej policji RPD, a szefem naszej jednostki został tajemniczy kapitan - Albert Wesker.

Ciała ofiar wypadku zostały w końcu zabrane przez ambulans. Na miejscu pojawili się natomiast ludzie z prasy i telewizji.

"Chris, napisz raport o całym tym zdarzeniu i dostarcz go mojemu zastępcy" - powiedział Irons na koniec i już po chwili stał w świetle kamer odpowiadając na pytania dziennikarzy. On wykorzysta każdą okazję, aby pokazać się w mediach... Jego twarz wygląda teraz zupełnie inaczej. Stara się być stanowczy, ale jednocześnie miły, zapewniając słuchaczy, że już wkrótce sprawa tajemniczych morderstw zostanie rozwiązana, a sprawcy będą schwytani i przykładnie ukarani. Jego gry aktorskiej przed kamerami, nie powstydziłby się niejeden aktor...

Teraz podszedł do mnie zastępca Ironsa.

"Znaleźliśmy na ziemi łuski po pociskach. To Ty strzelałeś?" - zapytał. Gdy kiwnąłem głową, że to ja, jego twarz pobladła. Zdziwił się, że wystrzeliłem cały magazynek, a mimo to zabójca zbiegł. Przecież taki człowiek jak ja nie powinien chybić.

"Widziałeś jego twarz?" - pytał dalej.

"Nie" - odpowiedziałem dosadnie z cieniem irytacji. "To co widziałem, nie było twarzą zabójcy...".

Zastępca Ironsa, spojrzał na mnie jak na idiotę i zapytał: "Co przez to rozumiesz?".

"To było... jakieś zwierzę... ogromny, czarny pies. Nie człowiek, ale pies".

"Co takiego??? Pies?!" - dziwił się mój rozmówca, a ja dalej miałem przed oczami scenę jak ta bestia rozszarpuje swoje ofiary, a potem moje kule nie robią jej żadnej szkody.

"Mogło to być zwierzę, chore na wściekliznę na przykład?" - zapytał.

"Wścieklizna może spowodować, że zwierzę nie boi się człowieka, ale choroba ta nie przemienia psów w krwiożercze bestie. Czujesz ten straszny smród? To wcale nie jest zapach ciał, czy krwi ofiar. To zapach zgnilizny... Ten stwór tak śmierdział. Na pewno nie mógł to być efekt wścieklizny. I jeszcze coś Ci powiem, choć mi nie uwierzysz.... Kule z mojego pistoletu nie robiły mu krzywdy".

"Muszę już jechać" - rzuciłem na odchodne i ruszyłem w kierunku samochodu zostawiając całkowicie zdezorientowanego policjanta z niedokończonym raportem.

"Zatrzymaj się! Stój! Powiedz dlaczego STARS nie zajmą się dokładniej tym incydentem?" - mówił stając mi na drodze i próbując zatrzymać.

"Zapytaj swojego szefa. On powinien wiedzieć".

"Chris, poczekaj, mam jeszcze kilka pytań".

"Przepraszam. Nie mogę na nie odpowiadać w tej chwili. Jestem zmęczony. Rano napiszę pełny raport dla komendanta".

Gdy wsiadałem do samochodu zauważyli mnie dziennikarze i wszyscy ruszyli w moim kierunku zostawiając Ironsa samego. Jeden z fotoreporterów zapytał: "Słyszałem, że jesteś jedynym świadkiem tego podwójnego morderstwa. Powiedz, kiedy STARS zacznie coś robić, aby chronić naszych obywateli?".

"Spytajcie komendanta Irons'a" - odpowiedziałem, widząc we wstecznym lusterku wściekłą twarz mojego szefa.

Ilustracja 5

Odpaliłem samochód i powoli ruszyłem. Nie chcę teraz myśleć o tym wypadku. Powinienem raczej zając się odszukaniem Billy'ego. Docisnąłem mocniej pedał gazu kierując się z powrotem do Raccoon City.
Ostatnio zmieniony śr 23 gru, 2009 przez Diadem, łącznie zmieniany 2 razy.

Awatar użytkownika
Diadem
Posty: 1810
Rejestracja: sob 16 cze, 2007
Lokalizacja: Sosnowiec

Post autor: Diadem » czw 24 gru, 2009

Rozdział trzeci i póki co ostatni niestety :(
Jak to bywa w fabule Resident Evil, również w tym fragmencie pojawia się pewna nieścisłość. Przeczytacie, na pewno zauważycie ;)


Rozdział trzeci - Jednostka specjalna STARS

Moja jednostka STARS miała siedzibę na piętrze komisariatu RPD w Raccoon City. Było to jednocześnie biuro naszego dowódcy - Alberta Weskera.

STARS podzielone było na dwa zespoły: Bravo Team, dowodzone przez oficera Enrico Marini, który był jednocześnie zastępcą Weskera oraz Alpha Team, dowodzone bezpośrednio przez Weskera, który sprawował pieczę nad całością jednostki.
Ja byłem członkiem zespołu Alpha.

Obie drużyny pełniły swoje obowiązki na zmianę. Gdy jeden team dyżurował 24 godziny, drugi miał czas wolny i potem na odwrót, jednak nawet, gdy mieliśmy wolne trzeba było być gotowym do akcji. Zdarzyć się bowiem mogło, że potrzebne będą posiłki podczas jakiejś poważnej operacji. Tak niestety wygląda życie osoby należącej do jednostki specjalnej. Zawsze trzeba być gotowym do działania.

Dzisiaj dyżur przejmuje właśnie Alpha Team. Przybyłem więc o wyznaczonej godzinie do biura STARS. Gdy wchodziłem do pomieszczenia, reszta mojego zespołu już była w środku. Kapitan Wesker stał przy swoim biurku, z rękami skrzyżowanymi jak zwykle i w swoich okularach przeciwsłonecznych.

Mieszkańcy Raccoon City są ogarnięci strachem po kolejnych doniesieniach o morderstwach ze szczególnym okrucieństwem. Tymczasem w nocy miało miejsce kolejne...


Wszyscy pamiętaliśmy pierwszy przypadek, który miał miejsce pół roku temu. Śledztwem zajmowała się wtedy policja RPD, a członków STARS odsunięto od tej sprawy. Nic wtedy nie ustalono... Podobnie było po drugim i trzecim morderstwie. Wtedy również domagaliśmy się dopuszczenia do śledztwa. Jedynym przeciwnym był Albert Wesker.

Barry Burton wyraźnie sprzeciwiał się naszemu dowódcy. "Mam tego dość" - powiedział. "Ile osób musi jeszcze zginąć, aby pozwolono nam zająć się tym śledztwem?".

Byłem zmęczony po nocnych przeżyciach w lesie i porannym składaniu raportu. Nie zmrużyłem oka ani przez chwilę i teraz walczyłem ze snem. Wszyscy przeszliśmy do pokoju konferencyjnego i każdy zajął miejsce przy stole, gdzie odbywały się narady.

"Ludzie żyją w strachu" - kontynuował Burton.

Ja i Barry znaliśmy się już od kilku lat. Pierwszy raz spotkaliśmy się podczas służby w Siłach Powietrznych Stanów Zjednoczonych, a po raz kolejny zostaliśmy partnerami po wstąpieniu do STARS. Rozumieliśmy się bez słów. Barry zawsze był w gorącej wodzie kąpany i miał niewyparzony język, ale to dobry kompan, który zaryzykowałby życie dla przyjaciela. Jakiś czas temu ożenił się i założył rodzinę. Zawsze kochał dzieci, a teraz ma dwójkę swoich - dwie córeczki Moirę i Polly.

Wesker po chwili namysłu odpowiedział chłodno i rzeczowo na zaczepki Barry'ego.
"Nie otrzymaliśmy żadnych rozkazów z RPD i nie możemy wkroczyć do akcji".

"Zawsze tak mówisz!" - odpowiedział Barry.

Pozostali obecni na sali - Brad Vickers, Joseph Frost, Jill Valentine i Rebecca Chambers dołączyli do krytyki Weskera, wytykając mu zbytnią bierność w rozmowach z Ironsem.

"Skoro nie chcą nam wydać rozkazów to zajmijmy się tym potajemnie, na własną rękę" - powiedziała Rebecca, najmłodsza stażem, ale pełna zapału, członkini STARS.
Zrobiło to wrażenie na wszystkich, że tak śmiało zabrała głos w dyskusji jakby nie zdawała sobie sprawy, że krytykuje swojego przełożonego.

Rebecca była członkiem Bravo Team, ale koniecznie chciała uczestniczyć w naszej naradzie. Może po to, aby właśnie wyrazić tą swoją opinię. Nie udało jej się jednak sprowokować Weskera, który nadal był chłodny i spokojny.

Członkowie STARS rekrutowani byli z różnych źródeł, przy czym służyli tu głównie byli żołnierze jednostek specjalnych. Te "różne źródła" zapewniały dużą różnorodność umiejętności przez co STARS stawało się zbiorem indywidualności, gdzie
każdy specjalizował się w czymś innym. Zapanować nad takim zespołem nie było łatwo, ale Wesker został chyba specjalnie stworzony na to stanowisko. Nigdy nie pokazywał po sobie cienia zdenerwowania i potrafił podporządkować sobie ludzi. Czasami wyglądało to tak jakby był liderem jakiejś grupy dywersyjnej, który ciągle musi hamować nadmierny zapał jej członków w obawie przed dekonspiracją.

"Oczekuję od was zrozumienia sytuacji jaka się wytworzyła..." - odpowiedział Wesker, co było preludium do jego długiej debaty. Tak... przemawiać to on umiał... i zawsze potrafił postawić na swoim. To była jego mocna strona.

"Jednostka STARS podlega w całości policji RPD i nic nie możemy zrobić bez rozkazów wydanych nam przez komendanta Ironsa" - podsumował swoją długą wypowiedź Wesker.

Od samego początku tej sprawy, każdy członek STARS, policjant RPD i zwykły mieszkaniec miasta chciałby aby tymi incydentami zajęła się nasza ekipa. Nie mogliśmy jednak złamać regulaminu, a komendant Irons i nasz dowódca Wesker byli głusi na zdanie innych.

Barry uderzył pięścią w stół wyraźnie zdenerwowany.
"Wiemy o tym co powiedziałeś, Wesker. Nie możemy jednak siedzieć i nic nie robić, podczas gdy ludzie boją się wyjechać za miasto w obawie przed napadem i utratą życia".

Ilustracja 6

"Tak, Barry ma rację! A co, jeżeli teraz popełniane jest kolejne morderstwo, podczas gdy my tu sobie siedzimy? Ludzie stracą do nas zaufanie" - wtórowali mu inni.

"Jak my będziemy wyglądać?" - dalej prowadził swoją tyradę Barry.

"Chris, był świadkiem jednego z tych zabójstw, więc siłą rzeczy już jesteśmy w to wciągnięci i od tego konkretnego przypadku moglibyśmy zacząć" - powiedziała Jill, okazując pełne poparcie argumentom Barry'ego.

Jill, była najbardziej wszechstronną i zręczną osobą z pośród nas. Specjalizowała się w rozbrajaniu ładunków wybuchowych, pokonywaniu różnych zabezpieczeń i zamków. Była jedyną kobietą w Alpha Team. Miała krótkie, proste włosy, a jej duże oczy przenikały spojrzeniem. Jej delikatność i kobiecy wygląd był jednak bardzo mylący. Była naprawdę bardzo wartościowym członkiem naszej ekipy i nie ważne jak niebezpiecznie zapowiadało się zadanie, Jill była zawsze gotowa.

"Jak duża jest szansa na to, że uda nam się samym coś ustalić? Dopóki jesteśmy zespołem nie pozwolę na żadne operacje na własną rękę" - powiedział Wesker.

"Zespołem? Jak mamy być zespołem skoro nie mamy nikogo kto by nas prowadził" - skontrowała prowokująco Jill.

Jej zaczepka nie zrobiła jednak żadnego wrażenia na dowódcy. Odpowiedział jak zwykle chłodno, spokojnie mieszając kawę. "Takie rozmowy między nami i tak nic nie zmienią... Musimy postępować odpowiedzialnie i zgodnie z zasadami.".

Albert Wesker jako członek STARS, zupełnie do nas nie pasował. Dwa lata temu zastąpił Ironsa na stanowisku dowódcy STARS z rekomendacji oficjeli korporacji Umbrella. Podobno wcześniej służył w innych oddziałach STARS i został do nas oddelegowany w celu wzmocnienia obsady. Nikt z nas nie przepadał za nim, wybrała go jednak Umbrella i na to nic nie mogliśmy poradzić. Oficjalnie Wesker podlegał pod rozkazy Ironsa, jednak my zauważyliśmy nie raz, że rozmawiają ze sobą jak równy z równym. Nikt nie potrafił dociec co łączy ich oboje...

Z nami Wesker rozmawiał natomiast rzadko, a gdy już wymienialiśmy poglądy to niemal zawsze na tematy służbowe. Zresztą...trudno było postawić na swoim w potyczce słownej z tym człowiekiem. Zawsze podpierał swoje zdanie setkami argumentów, które trudno było obalić. Mimo wszystko zdawał się mieć też pozytywne cechy. Był bardzo mądrym i oddanym człowiekiem i myślę, że nie zawahałby się poświęcić swojego życia, dla jakiejś wyższej wartości.

Jill i Barry dali w końcu za wygraną w kłótni z Weskerem. Usiedli na swoich miejscach nie mając ochoty na dalsze przekonywanie Weskera, do którego nic nie docierało. Ja w ogóle nie chciałem uczestniczyć w tej rozmowie. Myślami byłem gdzie indziej... Wyjąłem z kieszeni znaleziony w nocy łańcuszek Billy'ego, przyglądając mu się dokładniej.

Billy, gdzie teraz jesteś?? Powiedziałeś mi przez telefon, że ktoś chce Cię zabić, ale dlaczego nie wyjawiłeś kto... Zamyślony nawet nie zauważyłem od kiedy pozostali zaczęli mi się przyglądać.

"Chris, co to za naszyjnik?" - spytał w końcu Barry i dopiero jego głos wybudził mnie z letargu.

"To nic takiego..." - odpowiedziałem, chowając szybko łańcuszek do kieszeni.

Wesker również zauważył mój łańcuszek i miałem wrażenie, że zwrócił na niego baczniejszą uwagę. Wtem spytał:
"Chris, wiem, że jesteś zmęczony, ale czy mógłbyś nam opowiedzieć co wydarzyło się ostatniej nocy? Na razie sprawę bada policja, jednak gdyby poproszono nas o zajęcie się tym mielibyśmy już coś na starcie. Opowiesz co widziałeś?".

"Opowiem" - odpowiedziałem.

Wstałem i rozpocząłem zdawanie relacji ze wszystkiego co widziałem, wraz z najdrobniejszymi szczegółami. Byli bardzo zdziwieni, gdy powiedziałem im, że nie zrobił tego człowiek, tylko jakieś zwierzę. Miałem teraz wrażenie, że patrzą na mnie jak na idiotę. Żaden z nich nie umiał sobie wyobrazić czegoś takiego...

Nie winię ich za to. Sam teraz zastanawiam się, czy to co widziałem, było prawdziwe. Nie powiedziałem im przy tym nic o telefonie od Billy'ego. W tych okolicznościach i tak nikt by mi nie uwierzył w to, ze mój przyjaciel żyje.

Gdy skończyłem Wesker na chwilę wyszedł z pomieszczenia.

"Chris, mam pytanie" - przerwała mi Rebecca, podsuwając papier i ołówek.
"Możesz spróbować naszkicować wygląd tego psa?".

"Naszkicować??"

"Tak. Trudno nam sobie wyobrazić to co nam opowiadasz. Spróbuj to narysować. Rysunek lepiej do nas trafi".

Rebecca naprawdę chciała, żebym narysował tą bestię...

"Rebecca, myślisz, że Chris jest jakimś artystą i umie rysować?" - powiedział Barry, śmiejąc się z Rebecci, a po chwili śmiali się już wszyscy.

"Nie umie rysować?? W takim razie nieważne..." - odpowiedziała Rebecca spokojnym tonem... Ja natomiast byłem zły. Miałem wrażenie, że wszyscy się ze mnie nabijają, włącznie z Rebeccą.

"Może i nie umiem rysować, ale za to gram lepiej na pianinie niż Ty, Rebecca" - odpowiedziałem.

Pamiętałem jak na przyjęciu zorganizowanym z okazji jej wstąpienie w szeregi naszej jednostki próbowała grać na pianinie. Szybko, acz dyskretnie, uciekłem wtedy stamtąd, bo tej "muzyki" moje uszy nie były w stanie wytrzymać. Jill przerwała w końcu nasze docinki, wracając do sprawy...

"Chris, chciałabym potem z Tobą porozmawiać na osobności..." - powiedziała patrząc na mnie poważnym wzrokiem.

"Naprawdę, chciałabyś się ze mną umówić sam na sam? Sugerujesz randkę?" - odpowiedziałem śmiejąc się.

"Nie zmieniaj tematu Chris. Ty coś ukrywasz" - kontynuowała.

"Tak? Co takiego mógłbym ukrywać?".

"Byłeś jakiś dziwny na dzisiejszym zebraniu".

"W jakim sensie, dziwny?".

"Zazwyczaj zabierasz głos w dyskusji jako pierwszy, a dziś nie odezwałbyś się ani razu, gdybyśmy Cię o to nie poprosili. Byłeś gorącym entuzjastą, aby sprawą morderstw zajęło się STARS, a dziś nie wyraziłeś swojego zdania. Całe zebranie przesiedziałeś z boku, będąc myślami gdzieś daleko" - powiedziała ostro.

"Całą noc spędziłem na komisariacie zdając raport z tego co widziałem. Nie miałem nawet chwili, aby odpocząć. Martwisz się, że powiedziałem policji coś czego nie powinienem mówić?".

"Widziałam Cię, gdy zdawałeś raport. Byłeś zdenerwowany, bo Ci nie wierzyli".

"Obserwujesz mnie cały czas? Jesteś pewna, że nie chcesz się ze mną umówić?" - żartowałem dalej.

"Nie odwracaj kot ogonem Chris i nie wymijaj moich pytań" - powiedziała i w tej chwili przypomniałem sobie, ze nasza jedyna kobieta w Alpha Team jest nie tylko piękna i zręczna, ale i uparta jak cholera.

"Coś w Twoim zachowaniu mnie zakłopotało, Chris..." - kontynuowała.

"Zakłopotało?".

"Jesteś jedynym, który widział ten wypadek i opowiedziałeś to wszystko na policji".

"Oczywiście, że powiedziałem o wszystkim i napisałem raport. Jestem członkiem STARS. Robię to dla dobra mieszkańców tego miasta".

"Ale powiedziałeś, że jak zobaczyłeś tą bestię i strzeliłeś do niej to potem uciekłeś stamtąd".

"Mówiłem Ci już. Uciekałem ile sił w nogach przez las przed tym potworem, dopóki nie zabrakło mi tchu".

"Tak??? Więc dlaczego wróciłeś potem na miejsce wypadku swoim samochodem??" - pytała dalej dociekliwe.

Wow, co za baba. Wcale nie dziwne, że nie ma jeszcze chłopaka. Jestem pewny, że nawet przyjaciółek nie ma ten uparciuch.

"Mogłabyś dać mi już spokój. Jestem naprawdę zmęczony".

Jill spojrzała na mnie z wyrzutem i wyraźnie posmutniała. Odwróciła wzrok i patrzyła teraz przez okno na ulicę. Za oknem widać było grupę nastolatek podążających ulicą. Odprowadziła je wzrokiem do momentu w którym zniknęły z jej pola wiedzenia.

Przypomniało mi się teraz, że całkiem niedawno siedemnastoletnia dziewczyna mieszkająca w sąsiedztwie Jill również została zamordowana. Ta dziewczyna i Jill często ze sobą rozmawiały, może były nawet przyjaciółkami. Pewnego dnia znajoma Jill pojechała ze swoimi przyjaciółmi na biwak do lasu. Odnaleziono ją zmasakrowaną, a Jill przeżyła to jako osobistą tragedię.

W jej oczach widziałem teraz niesamowitą złość. Złość skierowaną na kogoś kto jest odpowiedzialny za te morderstwa. Podszedłem i poklepałem ją po ramieniu.

"Jestem wyczerpany. Idę zaczerpnąć świeżego powietrza. Jak wróci Wesker, wytłumacz jakoś moją nieobecność, dobrze?" - powiedziałem, machając ręką na pożegnanie. Skinęła tylko głową zgadzając się i nawet nie popatrzała na mnie.

Widziałem w jej oczach, ze jest na mnie bardzo zła...
Ostatnio zmieniony czw 24 gru, 2009 przez Diadem, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Arc
Posty: 110
Rejestracja: wt 14 lut, 2017
Lokalizacja: z szafy

Re: The True Story Behind Biohazard

Post autor: Arc » wt 05 lut, 2019

Ciąg dalszy, niestety nie w rodzimym języku:

http://projectumbrella.net/articles/Resident-Evil-Book
Na stronie Chaptery 1-7

Zostały do lektury:

Chapter 4: Looking For Answers
Chapter 5: A Living Corpse
Chapter 6: Another Piece of the Puzzle
Chapter 7: S.T.A.R.S. Goes Into Action

Zakładając, że to już całość bo osobiście jeszcze nie czytałem powyżej trzeciego.



Jakby komuś nie działała strona wyżej to znalazłem jeszcze angielskie tłumaczenie pod adresem
https://wenku.baidu.com/view/4b2024fd04 ... 5ddd5.html

Stronka "niekompatybilna" z ludźmi więc mała jej obsługa :D Trochę mi zajęło dojście do tego co i jak.

Zaraz na dole strony pod tekstem opowiadania są krzaczki, dwa przyciski, zielony i czerwony z napisem "VIP", niżej znów krzaczki
i link z krzaczkami na zielono, liczbą 34 w środku i ze strzałką w dół na końcu, wystarczy kliknąć i więcej opowiadania się rozwija.
Chciałem skopiować tekst ale w żaden sposób się nie kopiuje do schowka a robienie dziesiątek zdjęć tekstu mija się z celem.

EDIT:
O kurczę, ostatni post w temacie prawie dekadę temu. No to mam nominację do nagrody "Złotej Łopaty 2019" :smiech3:
Obrazek

Awatar użytkownika
Leon. KennedY
Posty: 1344
Rejestracja: pn 08 paź, 2007
Lokalizacja: Raccoon City

Re: The True Story Behind Biohazard

Post autor: Leon. KennedY » czw 07 lut, 2019

Pamięć już nie ta, hehe. Zatem o jakich nieścisłościach mowa?

Awatar użytkownika
Arc
Posty: 110
Rejestracja: wt 14 lut, 2017
Lokalizacja: z szafy

Re: The True Story Behind Biohazard

Post autor: Arc » czw 07 lut, 2019

"Nieścisłościach"? Nic nie wspominałem takiego.
Ale napiszę tylko, że patrząc na to przetłumaczone i to co znalazłem po angielsku to tłumacz tutaj na forum wszystkiego nie tłumaczył. Ale i tak wielka chwała mu za tą ciężką pracę jaką wykonał. Bardzo dobre tłumaczenie, klimatyczne.
Obrazek

Awatar użytkownika
Leon. KennedY
Posty: 1344
Rejestracja: pn 08 paź, 2007
Lokalizacja: Raccoon City

Re: The True Story Behind Biohazard

Post autor: Leon. KennedY » czw 07 lut, 2019

Ale Diadem już tak.

carcass87
Posty: 39
Rejestracja: wt 05 lut, 2019

Re: The True Story Behind Biohazard

Post autor: carcass87 » pt 08 lut, 2019

No chyba chodzi o to, że wg gry Chris i Rebecca nie znali się przed wydarzeniami z RE0 / RE1 ? Czy mi też już pamięć szwankuje? :)

Awatar użytkownika
Leon. KennedY
Posty: 1344
Rejestracja: pn 08 paź, 2007
Lokalizacja: Raccoon City

Re: The True Story Behind Biohazard

Post autor: Leon. KennedY » sob 09 lut, 2019

Możliwe. Nie wiem kiedy została wcielona do STARS.

Awatar użytkownika
Szakal
Moderator
Posty: 1543
Rejestracja: czw 02 kwie, 2009
Lokalizacja: Wola

Re: The True Story Behind Biohazard

Post autor: Szakal » sob 09 lut, 2019

Nie znali się. Rebecca była bardzo świeżym rekrutem STARS i zdążyła poznać tylko członków drużyny Bravo..
Złe oko moderacji czuwa.

Awatar użytkownika
Diadem
Posty: 1810
Rejestracja: sob 16 cze, 2007
Lokalizacja: Sosnowiec

Re: The True Story Behind Biohazard

Post autor: Diadem » śr 03 lip, 2019

Co prawda w filmikach z RE1 Rebecca nie poznała Chrisa, ale z drugiej strony, jak mogli się nie znać skoro biurka mieli o krok od siebie:
https://lparchive.org/Resident-Evil-2-a ... mage69.jpg
Ot, takie zgrzyty fabularne jakich wiele. Swoją drogą jak mogła nie poznać Chrisa skoro dołączyła do STARS na miesiąc przed wydarzeniami z RE0. Chyba cały czas w koszykówkę grała...

Awatar użytkownika
Szakal
Moderator
Posty: 1543
Rejestracja: czw 02 kwie, 2009
Lokalizacja: Wola

Re: The True Story Behind Biohazard

Post autor: Szakal » sob 06 lip, 2019

To jest biuro już po wydarzeniach w rezydencji kiedy personel STARS został dość mocno zredukowany. Nic dziwnego w tym, że ocalali członkowie oddziału zebrali się w jednym pomieszczeniu., aby koordynować działania przeciwko Umbrelli.
Złe oko moderacji czuwa.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Oficjalne dodatki”