: śr 06 maja, 2009
Skończyłem w całości RE5 i nareszcie mogę sie już wypowiedzieć. Chociaż nie wiem czy „nareszcie” to dobre słowo. Zacznijmy od prostego stwierdzenia. Resident Evil 5 to świetna gra akcji, ale jako Resident jest moim zdaniem jedną z najsłabszych odsłon, jeśli nie tą najgorszą. Why?
Dobra, od początku.
Włączam grę, moim oczom ukazuje się przejrzyste menu. Fajnie pomyślane, w klimacie wirusa itp. Odpalamy grę, miedzy chapterami ukazuje nam się historia Resident Evil (świetny pomysł, ale w połączeniu z bardzo krótkim czasem ładowania, co jest też dobre, to nie mamy czasu nawet tego przeczytać, przynajmniej na PS3). Intro jest w porządku, fajnie wpaja nas w świat Kijuju (w tym momencie myślałem jeszcze, że mimo tego, że jest to słoneczna Afryka, to uda się jeszcze zrobić fajny klimat - ...myliłem się). Początek fajny, nikt nas od razu nie atakuje, obserwujemy otoczenie, bez broni...nagle wszyscy znikają. Jest w miarę ok. I ciągnie się tak w miarę pozytywnie przez jakiś czas.....
....nagle w mojej głowie pojawia się niepokojąca myśl: „Kto mi włączył Indiane Jonesa? Czy to Tomb Raider? Dlaczego gram w Uncharted Drake's Fortune?”. Gdy się okazało, że jednak jest to najnowszy Resident, to strasznie się załamałem. Co jest?! Majowie, świątynie, posągi? Gdy doszliśmy już do jaskini z kwiatkami (naszego Eldororado) to do głowy wpadł mi pomysł nazwania gry „Resident Evil: Krzyś i zaczarowany kwiatuszek”. BŁAGAM! Jeśli w RE4 cyferka jest nadużyciem, to czym jest w tej odsłonie? Dalej jest trochę lepiej, w powietrzu czujemy zaniepokojenie obserwując podrapane, zakrwawione ściany. Wiedziałem, że to Lickery! Byłem nakręcony. Lecz patrzę i nie wierzę! Co oni z nimi zrobili, dali im sterydy? Dobra da się przeżyć. Ale tego, że zamiast zwinnie skakać po suficie, ze ściany na ściane i zbliżać się do mnie niebezpiecznie, to „to coś” pełza do mnie stadnie, powolutku, niczym lekko podtuningowany żółw. Brawo Takuechi, zniszczyłeś najlepszego potwora w RE.
Teraz troszkę mniej chronologicznie. Z serii „the best of the worst”:
- Uroborubar....boruborobus – czy jak to się tam wabiło. Co to jest, jak to w ogóle wygląda? Jak masa splecionych ze sobą glizd. To jest ten mega niebezpieczny wirus? Tragedia! No i co to za nazwa! Las Plagas był pasożytem, który jakoś miał sens. Poskręcane kształty, kilka odmian. Ale to coś z RE5, te glizdy ciągle były takie same!
Bosowie: o to co CAPCOM potrafi zrobić jeśli nie ma Mikamiego: ukraść z poprzedniej części i zepsuć (np. walka z kopią El Gigante – z karabinu na samochodzie, tragedia). Trzy bossy wyglądają praktycznie tak samo, tylko Exella jest większa. Mówię o Uroborosach. Kupa glizd i to wszystko. Tragedia po raz kolejny. Mutacja Weskera, całkowicie zbędna, ale nie wyszło zbyt przesadnie, że był kupą mięcha co jest na plus, ale strasznie obniżyło jego umiejętności. Wesker bez mutacji był znacznie silniejszy. Poza tym, strasznie przypominał mi Krausera. Mikami na pewno nie rozwiązał tego w ten sposób. Co do Irvinga...jednym słowem: Salazar.
Bohaterowie: Krzyś leci na sterydach, Siwa jest zupełnie zbędną postacią, nie polubiłem jej. Jill jest brzydką blondyną...i więcej już mi się nie chce mówić. Zaciekawiła mnie jedynie postać Irvinga.
- Absolutnie zero strachu! Jedynie lekki klimacik z new-age Lickerami. Brak też klimatu! W RE4 zarażona wioska robiła moim zdaniem świetny klimat. W Afryce trudno go poczuć.
- Brak zagadek! Najtrudniejszą zagadką, jak powiedzieli chłopaki z Review Terytory, jest opanowanie szybkiej pracy w plecaczkach (swoim i Shevy jeśli gra się samemu).
Plusy? Tak, są jakieś:
przepiękna grafika
storyline jest zjadliwy, lepszy niż RE4, ale bardziej „uciążliwy”, ciut na siłę momentami. Nigdy nie spodziewałbym się, że Wesker jest typem badassa, który chce zniszczyć po prostu cały świat (za to czepialiśmy się Saddlera, że był prostolinijny prawda?)
Coop – mimo tego, że nie lubię drugiej postaci chodzącej obok mnie przez CAŁĄ grę, to jak już jest to fajnie, że dali tego coopa. Grafika wprawdzie staję sie ciut pikselowa podczas split screena, ale da się przeżyć. Gdy grałem z kumplem to wyobrażaliśmy sobie, że teksty, które my do siebie rzucamy, tak naprawdę mówią do siebie bohaterowie. Była kupa śmiechu.
- Dobre QTE z Weskerem! Naprwadę.
Dlaczego uważam tego RE'sa za najgorszego (gorszego od Survivora). Survivor jako gra oczywiście był tragiczny, ale nie ośmielił się wziąć numerka obok tytułu. Niestety RE5 popełnił już ten błąd. Nie trafia do mnie argument, że RE5 może być fajny bo jest fajna grafika i fajna akcja. To może w RE6 damy np. Leonowi bronie Kratosa z God of War i moce x-mana, też będzie fajna akcja ;]
To tyle mojej krótkiej, amatorskiej, całkowicie subiektywnej opinii. Jak na grę jest spoko, jak na RE'sa tragedia. Dziękuje :* I tak chętnie w nią gram
Ale nie jako Residenta
Dobra, od początku.
Włączam grę, moim oczom ukazuje się przejrzyste menu. Fajnie pomyślane, w klimacie wirusa itp. Odpalamy grę, miedzy chapterami ukazuje nam się historia Resident Evil (świetny pomysł, ale w połączeniu z bardzo krótkim czasem ładowania, co jest też dobre, to nie mamy czasu nawet tego przeczytać, przynajmniej na PS3). Intro jest w porządku, fajnie wpaja nas w świat Kijuju (w tym momencie myślałem jeszcze, że mimo tego, że jest to słoneczna Afryka, to uda się jeszcze zrobić fajny klimat - ...myliłem się). Początek fajny, nikt nas od razu nie atakuje, obserwujemy otoczenie, bez broni...nagle wszyscy znikają. Jest w miarę ok. I ciągnie się tak w miarę pozytywnie przez jakiś czas.....
....nagle w mojej głowie pojawia się niepokojąca myśl: „Kto mi włączył Indiane Jonesa? Czy to Tomb Raider? Dlaczego gram w Uncharted Drake's Fortune?”. Gdy się okazało, że jednak jest to najnowszy Resident, to strasznie się załamałem. Co jest?! Majowie, świątynie, posągi? Gdy doszliśmy już do jaskini z kwiatkami (naszego Eldororado) to do głowy wpadł mi pomysł nazwania gry „Resident Evil: Krzyś i zaczarowany kwiatuszek”. BŁAGAM! Jeśli w RE4 cyferka jest nadużyciem, to czym jest w tej odsłonie? Dalej jest trochę lepiej, w powietrzu czujemy zaniepokojenie obserwując podrapane, zakrwawione ściany. Wiedziałem, że to Lickery! Byłem nakręcony. Lecz patrzę i nie wierzę! Co oni z nimi zrobili, dali im sterydy? Dobra da się przeżyć. Ale tego, że zamiast zwinnie skakać po suficie, ze ściany na ściane i zbliżać się do mnie niebezpiecznie, to „to coś” pełza do mnie stadnie, powolutku, niczym lekko podtuningowany żółw. Brawo Takuechi, zniszczyłeś najlepszego potwora w RE.
Teraz troszkę mniej chronologicznie. Z serii „the best of the worst”:
- Uroborubar....boruborobus – czy jak to się tam wabiło. Co to jest, jak to w ogóle wygląda? Jak masa splecionych ze sobą glizd. To jest ten mega niebezpieczny wirus? Tragedia! No i co to za nazwa! Las Plagas był pasożytem, który jakoś miał sens. Poskręcane kształty, kilka odmian. Ale to coś z RE5, te glizdy ciągle były takie same!
Bosowie: o to co CAPCOM potrafi zrobić jeśli nie ma Mikamiego: ukraść z poprzedniej części i zepsuć (np. walka z kopią El Gigante – z karabinu na samochodzie, tragedia). Trzy bossy wyglądają praktycznie tak samo, tylko Exella jest większa. Mówię o Uroborosach. Kupa glizd i to wszystko. Tragedia po raz kolejny. Mutacja Weskera, całkowicie zbędna, ale nie wyszło zbyt przesadnie, że był kupą mięcha co jest na plus, ale strasznie obniżyło jego umiejętności. Wesker bez mutacji był znacznie silniejszy. Poza tym, strasznie przypominał mi Krausera. Mikami na pewno nie rozwiązał tego w ten sposób. Co do Irvinga...jednym słowem: Salazar.
Bohaterowie: Krzyś leci na sterydach, Siwa jest zupełnie zbędną postacią, nie polubiłem jej. Jill jest brzydką blondyną...i więcej już mi się nie chce mówić. Zaciekawiła mnie jedynie postać Irvinga.
- Absolutnie zero strachu! Jedynie lekki klimacik z new-age Lickerami. Brak też klimatu! W RE4 zarażona wioska robiła moim zdaniem świetny klimat. W Afryce trudno go poczuć.
- Brak zagadek! Najtrudniejszą zagadką, jak powiedzieli chłopaki z Review Terytory, jest opanowanie szybkiej pracy w plecaczkach (swoim i Shevy jeśli gra się samemu).
Plusy? Tak, są jakieś:
przepiękna grafika
storyline jest zjadliwy, lepszy niż RE4, ale bardziej „uciążliwy”, ciut na siłę momentami. Nigdy nie spodziewałbym się, że Wesker jest typem badassa, który chce zniszczyć po prostu cały świat (za to czepialiśmy się Saddlera, że był prostolinijny prawda?)
Coop – mimo tego, że nie lubię drugiej postaci chodzącej obok mnie przez CAŁĄ grę, to jak już jest to fajnie, że dali tego coopa. Grafika wprawdzie staję sie ciut pikselowa podczas split screena, ale da się przeżyć. Gdy grałem z kumplem to wyobrażaliśmy sobie, że teksty, które my do siebie rzucamy, tak naprawdę mówią do siebie bohaterowie. Była kupa śmiechu.
- Dobre QTE z Weskerem! Naprwadę.
Dlaczego uważam tego RE'sa za najgorszego (gorszego od Survivora). Survivor jako gra oczywiście był tragiczny, ale nie ośmielił się wziąć numerka obok tytułu. Niestety RE5 popełnił już ten błąd. Nie trafia do mnie argument, że RE5 może być fajny bo jest fajna grafika i fajna akcja. To może w RE6 damy np. Leonowi bronie Kratosa z God of War i moce x-mana, też będzie fajna akcja ;]
To tyle mojej krótkiej, amatorskiej, całkowicie subiektywnej opinii. Jak na grę jest spoko, jak na RE'sa tragedia. Dziękuje :* I tak chętnie w nią gram