KonsolowiskoPL pisze:Pierwsza odsłona „Kronik”, która pojawiła się dwa lata temu, zrobiła spore zamieszanie, wprowadzając uniwersum RESIDENT EVIL do gatunku rail shooterów, dobrze znanego fanom serii THE HOUSE OF THE DEAD. „Celowniczek na szynach” streszczał historię standardowych odsłon RE, wyjaśniając kilka istotnych faktów dla sagi, ale również dodając nowe motywy. Niestety zabrakło streszczenia takich odsłon, jak RESIDENT EVIL 2 czy RESIDENT EVIL: CODE VERONICA, postanowiono więc zażegnać ten problem, wydając kontynuację. Sequel wprowadza wiele istotnych zmian i prezentuje bardziej mroczny klimat. Tym razem lektorem jest - znany z kilku części RE - Leon S. Kennedy, który w TDC odgrywa przy okazji jedną z ważniejszych ról.
MROCZNE TAJEMNICE
Po odpaleniu gry zostajesz przywitany świetnie prezentującym się intrem oraz menu stylizowanym na obraz generowany przez telewizory CRT (podczas loadingu charakterystycznie "śnieży"), coś w stylu RESIDENT EVIL: OUTBREAK. Standardem jest charakterystyczny głos wypowiadający tytuł i również w tej części elektryzuje. Jeżeli nie masz podłączonej konsoli do Sieci, na płytce z grą znajdziesz najnowszy firmware, niezbędny do jej odpalenia.
Jak już wspomniałem, w grze zwiedzasz plansze z dwóch wcześniejszych odsłon serii. RESIDENT EVIL 2 to według fanów jedna z najlepszych części w ogóle, więc Capcom nie mógł tych misji potraktować po macoszemu. W scenariuszu odwiedzasz pogrążone w ogniu ulice Raccoon City, komisariat R.P.D (który stał się miejscem regularnych starć z zombie), brudne i ciemne kanały oraz laboratoria. W scenariuszach z RESIDENT EVIL: CODE VERONICA również zwiedzasz każdy zakątek z pierwowzoru, w towarzystwie Claire Redfield oraz Steve'a Burnside'a. Capcom pomimo zaimplementowania dwóch scenariuszy opisuje dokładnie każdy ich element i nic nie zostało pominięte. Gry nie zaczynasz jednak od retrospekcji, ale od zupełnie nowej misji, która nosi nazwę Operation Javier. Ta misja jest głównym wątkiem, w którym bohaterami są Leon S. Kennedy oraz Jack Krauser. Ten drugi pojawił się w RESIDENT EVIL 4 jako jeden z przeciwników. Operacja Javier toczy się jeszcze przed rzeczoną częścią i opiera na banalnym motywie złapania przemytnika broni biologicznej, który posiada wirus T-Veronica. Prosty jak budowa cepa początek wraz z postępami w grze zacznie nabierać rumieńców, a ty dowiesz się, jak misja potrafi się z minuty na minutę skomplikować.
Już po ograniu pierwszego rozdziału spotykasz nową postać - Manuelę Hidalgo. Javier, czyli jej ojciec, przeszczepia jej organy, aby podtrzymać przy życiu (coś w stylu Angie z filmu „RE2: Apokalipsa”), następnie zaraża wirusem Veronica, którego regenerujące właściwości mają również na celu podtrzymać jej dalszą egzystencję. Właściwości Manueli nie raz ratują z opresji bohaterów, a zakończenie rozdziału pokazuje, jakie wartości potrafią być bezcenne.
POWRÓT W WIELKIM STYLU
Każdy z trzech rozdziałów został podzielony na kilka pomniejszych epizodów. Operation Javier to głównie akcje w Ameryce Południowej, przywodzące na myśl RESIDENT EVIL 5. W RESIDENT EVIL 2 zostajesz zaskoczony nowymi elementami oraz poprowadzeniem akcji. Tutaj nie ma miejsca na zastanawianie się. Świetnie odnowiona wersja komisariatu, z ociekającymi krwią ścianami w jednym z korytarzy oraz spokojne wojaże po kanałach ciągnących się pod nim - to esencja klimatu. Ostatnie walki zapamiętuje się na długo, kamera oraz ujęcia podczas starć z bossami to pierwsza liga, nie strzelasz na oślep, lecz szukasz słabych punktów, czasem wklepujesz sekwencje QTE. Scenariusz Game of Oblivion zostawiłem sobie na koniec, gdyż najbardziej przypadł mi do gustu (choć przed zakupem gry stawiałem na RE2). W tym scenariuszu kierujesz ponownie losami Claire Redfield (która podczas poszukiwań brata została przeniesiona na wyspę Rockfort Island) oraz Steve’em Burnside’em, który na wyspie przetrzymywany jest wraz z ojcem jako więzień. Wracają również Chris Redfield, Alfred, Alexia Ashford oraz promotor serii - Albert Wesker.
Wrzucenie do gry nowych elementów wyszło nad wyraz dobrze (nie jak niektóre w THE UMBRELLA CHRONICLES - wyczuwało się motywy dodane na siłę) i aż prosi się o postawienie pytania, czemu twórcy nie zawarli ich w "numerycznych" odsłonach? Walka z Alfredem w holu, interaktywna zagadka z zegarem i - najważniejsze - nowa miejscówka. Mowa o strzelnicy, terenie treningowym dla jednostek specjalnych, gdzie zostajesz zaproszony przez Alfreda, który tym razem pełni rolę Jingsawa (seria „Piła”), co rusz dając ci nowe zagadki. Wracając do terenu treningowego, świetny to patent, przemierzysz korytarze niczym w CALL OF DUTY: MODERN WARFARE 2, eliminując wrogów, a przygrywająca w tle muzyka oraz teksty rzucane przez bohaterów zasługują na szacunek. Brawo! Pałac Ashfordów to również pierwsza liga, jeżeli chodzi o klimat - demonicznie wyglądająca lalka zawieszona pod sufitem, dziecięcy pokój na strychu przywodzący na myśl patenty z SILENT HILL - warto to zobaczyć.
POCZUJ RÓŻNICĘ
Różnice względem pierwszej części „Kronik” są znaczne. Tym razem podczas przeładowywania broni widzisz ją na ekranie, jak również drugą postać, z którą przemierzasz scenariusze. Po zranieniu sam możesz się uleczyć w nowym, lepiej zorganizowanym menu. Mimo faktu, że rodzajów broni jest o wiele mniej, to masz więcej opcji tuningu - kilka kategorii, których dopakowanie zajmuje nieco czasu. W poprzedniej części miałeś do dyspozycji kilka giwer z każdej kategorii (krótka, długa itd.), zaś teraz masz tylko jedną! Pamiętasz, jak podczas loadingu mogłeś postrzelać do loga firmy Umbrella? Tym razem patrzysz jedynie na napis. Walutą nie są już gwiazdki, ale kasa lub świecidełka, które rozsiane są po levelach, ewentualnie otrzymujesz je za efektowne wykończanie przeciwników. Trofea to kolejna nowość i urozmaicenie przywodzące na myśl system osiągnięć na dwóch konkurencyjnych konsolach. Tutaj wszystko jest podliczane i oceniane, np. za zabicie określonej liczby przeciwników lub wykonanie pewnych zadań otrzymasz specjalne powiadomienie o uzyskaniu tytułu - miła rzecz, która motywuje do dalszej zabawy. Tym razem wczujesz się w grę jak w żadną inną z tego gatunku, gdyż kamera nie jest sztywno "zawieszona", tylko porusza się z filmową gracją, naturalnie przemieszczając się po lokacjach. Wiele razy bohaterowie uciekając potykają się, przewracają o przedmioty.
Podobnie jak w „jedynce”, znajdujesz tu mnóstwo rzeczy do odblokowania, tj. dokumenty opisujące historię sagi, modele 3D wszystkich bohaterów oraz przeciwników, zbiór wstawek FMV, opisy przedmiotów, dodatkowe stroje oraz levele. Nowością jest wprowadzenie rankingu online, w którym sprawdzasz swoje wyniki oraz porównujesz je z innymi graczami.
WIILOT LEPSZY OD BRONI
Wykorzystanie kontrolera jest niemal identyczne, jak w poprzedniej odsłonie, czyli nie masz wpływu na poruszanie się postacią, a jedynie na celowanie oraz akcje QTE. Kamera jest bardziej ruchliwa, co przekłada się na realizm gry oraz zwiększenie tempa rozgrywki. Poziom trudności został obniżony (po kilku zgonach gra sugeruje jego obniżenie). W THE DARKSIDE CHRONICLES nie możesz rozglądać się przy pomocy analoga - ten motyw odszedł do lamusa. Spluwy zmieniasz intuicyjnie zarówno na „gruszce”, jak i Wiilocie. Możesz wejść do menu i w dowolnej chwili podporządkować daną broń pod kierunek na d-padzie, w stylu RESIDENT EVIL 5.
W grze nie mogło oczywiście zabraknąć trybu dla dwóch graczy, wszak każdą z misji przemierzasz z kompanem. Drugi gracz może podłączyć się przed, jak i po misji, o czym powiadomi stosowny komunikat. Giwery oraz amunicja rozdzielane są pomiędzy dwóch graczy. Gra jest również sprzedawana w bundle’u z Zapperem.
WYKONANIE
Grafika to pierwsza liga, jeżeli chodzi o konsolę Wii i „strzelnice”. Wreszcie zaaplikowano silnik fizyczny Havok, który spełnia swoją rolę bezbłędnie, a animacja postaci wygląda bardzo solidnie. W pomieszczeniach możesz zniszczyć dosłownie wszystko: obrazy, krzesła, stoły, szyby, multum przedmiotów ulega destrukcji. Nawet jest to wskazane, gdyż elementy te ukrywają sekrety w postaci amunicji czy też znaczków firmy Umbrella. Postarano się o bump-mapping na wielu powierzchniach, deszcz oraz błoto wyglądają fachowo, a motyw ze snopem światła z latarki potęguje klimat. Oczywiście nie wszystkie elementy zagrały jak należy, np. powierzchnia wody w misji Operation Javier wygląda zaledwie przeciętnie. Wstawek filmowych jest sporo, prezentują poziom zbliżony do filmu „Resident Evil: Degeneracja”. Gra pracuje w trybie panoramicznym, wyświetlana jest w 480p. Warto odnotować, że Capcom nie obniżył poziomu gore, dodając przy okazji fenomenalnie wyglądające headshoty - fontanna krwi, pękająca bania zombiaka oraz wnętrzności wysypujące się z otrzewnej - rewelka.
Słówko o warstwie audio. Fani przeżyją retrospekcję w najlepszym wydaniu, natomiast świeżaków przyciągnie muzyka idealnie podkręcająca klimat gry oraz akcje, jakie w niej ujrzą. Motywów muzycznych jest sporo, a każdy scenariusz prezentuje swój własny repertuar. Manuela Hidalgo, jedna z bohaterek misji Operation Javier, nuci pewien motyw, który zapewne wkręci ci się na długie godziny. Dźwięk również nie zawodzi, nie uświadczysz wprawdzie głębi strzału niczym w serii BATTLEFIELD, ale jak na ”celowniczek” nie jest źle. Poprawie uległy dialogi postaci - jest ich więcej niż w prequelu, są ciekawsze. Niektóre teksty rzucane przez Steve’a w scenariuszu Game of Oblivion rozbrajają.
CZEKAM NA KOLEJNĄ ODSŁONĘ „KRONIK”
RESIDENT EVIL: THE DARKSIDE CHRONICLES jest obecnie jedną z najlepszych pozycji na konsolę Nintendo Wii, a jeżeli jesteś fanem serii RE, to jej zakup jest w twoim pzrypadku obowiązkowy. Rzadko się zdarza, że sequel pobija oryginał, lecz w tym przypadku tak właśnie to wygląda. Dostajesz produkt ulepszony pod każdym względem. Ukończenie podstawowego trybu gry na poziomie Normal zajmuje około 6 godzin. Grę polecam zarówno fanom serii, jak i wielbicielom „strzelnic”.
HIV pisze:Nie jestem wytrawnym znawcą serii RESIDENT EVIL, nie znam meandrów fabuły, nie wyryłem na pamięć "bio" poszczególnych postaci, ale uniwersum bardzo lubię, bo mam słabość do zombiaków. Mam również słabość do „strzelnic”, które łykam niczym pelikan. Ostatnimi czasy mordowałem brzydali w DEAD SPACE: EXTRACTION, więc zgniliznę w THE DARKSIDE CHRONICLES przyjąłem z otwartymi ramionami. Capcom jak zwykle nie zawiódł w kwestii klimatu - brudne miejscówki aż się proszą, aby zrzucić na nie bomby atomowe, niemniej bałagan, jaki można czynić z pomocą zaimplementowanych gnatów, w zupełności wystarczy. Niesamowita destrukcja, rajcująca praca kamery, wciągająca akcja i zajmujące dialogi - to lubię. Czasy arcade’owego do bólu TIME CRISIS odeszły do lamusa, teraz liczy się również solidna fabuła. Gra jest ładna, konkretna, motywująca do jej masterowania, a co-op zapewnia bonusowe wrażenia. Znów cieszę się jak dziecko na widok eksplodujących łbów. Dla mnie rewelacja, polecam.