Chciałem się podzielić z Wami wrażeniami z gry w Resident Evil Remake Zero HD, a przy okazji dokonać mini-recenzji gry.
Na początku muszę zaznaczyć, że to mój pierwszy kontakty z tą częścią z serii – nigdy wcześniej w nią nie grałem. W ogóle przygodę z serią zacząłem od Resident Evil 3 jeszcze na PSX (w 1 i 2 nie grałem), potem była długa przerwa i wróciłem dopiero od RE 5 na Xboxa 360. Następnie Resident Evil Revealtions (bardzo dobry), Resident Evil Revelations 2 (już gorzej) i rok temu pojawiła się okazja zapoznania się z klasyką, która mnie ominęła – remakem pierwszej części, więc zakupiłem Resident Evil 1 Remake HD. Celowo piszę o tym we wstępie, bo niewątpliwie porównania RE Zero do wydania HD jedynki sprzed roku są nieuniknione i rzutują na odbiór RE Zero HD.
I tutaj już pojawił się pierwszy zgrzyt – cena. RE 1 HD kosztował rok temu 69,90 zł. Teraz RE Zero kosztuje 83,99 zł (mówię o wersji na Xboxa), czyli więcej niż wersja sprzed roku. Dziwi mnie taka polityka cenowa – tym bardziej, że wydawcy gry dziękowali graczom za to, że docenili remake 1 HD, który okazał się tak dużym sukcesem i miał rekordową liczbę pobrań. A już na skandal zakrawa fakt, że RE 1 HD teraz też podrożał i kosztuje również 83,99 zł – rok po premierze!
Co do samej gry: zaskoczył mnie poziom trudności. Od razu postanowiłem przechodzić grę na poziomie hard i udało się, ale gra jest bardzo trudna (i to może niekoniecznie do końca w taki sposób jakbym chciał – o czym za chwilę). Jest o wiele trudniej niż w RE 1 HD. Gra jest przy tym sporo dłuższa (i także moze niekoniecznie w taki sposób jakbym chciał – o czym też za chwilę). W czasie przejścia posiłkowałem się solucją –bez niej nie wiem– czy dałbym radę. Zagadki są dla mnie trudniejsze w porównaniu do 1, ale co najbardziej się dało we znaki to dość nieoczywisty układ pomieszczeń i kolejność lokacji w rezydencji, w której trzeba zdobywać klucze/przedmioty, posuwać fabułę do przodu. W jedynce dałem radę bez solucji, tutaj pewnie byłoby to niemożliwe. I tak mój końcowy czas przejścia gry z opisem gry wyniósł blisko 10 godzin.
Grafika wydaje mi się ładniejsza w 1 niż w Zero, ale to jest wtórne. Jeśli chodzi o odczucia subiektywne – tzw. grywalność, to lepiej bawiłem się grając w 1. Wpływ na to miało kilka rzeczy. Po pierwsze, moim zdaniem chwalone przez wielu zrezygnowanie ze skrzyń do przedmiotów było złym pomysłem. Zwłaszcza na rzecz zastąpienia tak nieudolnym rozwiązaniem jak system porzucania przedmiotów w dowolnym miejscu i ograniczenia ekwipunku do 6 miejsc. Taki system ekwipunku jest nielogiczny – 12 koktajli Mołotowa zajmuje jeden slot, czyli mniej niż dwie monety, które zajmują dwa sloty. Mitręgą było też podnoszenie przedmiotów ; chyba popełniono w pierwotnej wersji jakiś błąd, który nie został naprawiony ani w wersji Remake ani HD – frustrujące było to, że podniesienie przedmiotu leżącego przed postacią udawało się dopiero po którejś próbie. Ciągłe wracanie się do pomieszczeń i przerzucanie przedmiotów z jednego save pointa do drugiego albo wracanie się po np. naboje czy apteczki np. z laboratorium do rezydencji dla mnie było frustrujące. I to właśnie podwyższało poziom trudności i przedłużało czas gry, w sposób jaki niekoniecznie sobie bym tego życzył. Choć jeśli nawet pominąć ten aspekt, to Zero jest i tak dłuższe i trudniejsze od 1.
Podzielam opinię wielu graczy, ze pociąg był bardzo dobrą lokacją. Szkoda tylko, że tak krótką. Sama rezydencja i rozgrywka w niej była dla mnie gorsza od tej z 1. W ogóle pierwsza część miała jakąś bardziej wartką akcję – np. spotykaliśmy po drodze więcej postaci, było więcej zwrotów fabularnych – a w tej części spotykamy tylko Enriqa przy windzie. Kompletną porażką tej części są dla mnie bossowie – zwłaszcza ci zwierzęci – uśmiałem się jak zobaczyłem, że trzeba wałczyć ze skorpionem, gigantyczną stonogą. Walka z nietoperzem też nie była niczym pozytywnym dla mnie – ze względu na fatalny rzut kamery, który przeszkadzał w walce z latającym przeciwnikiem. Jest dużo lepiej , jeśli chodzi o finałowych bossów. Choć w tym przypadku zabrakło mi (liczyłem na to do końca) użycia wyrzutni rakiet w ostatniej walce, co zawsze było atrybutem tej serii – ta część to chyba jedyne odstępstwo w całej serii gier.
Jeśli chodzi o największą innowację tej części – czyli wprowadzenie drugiej postaci, to w mojej ocenie na przyjemność czerpaną z gry wpłynęło to w sumie neutralnie. W kilku przypadkach mogło to wpływać korzystnie na rozwiązania fabularne – wymóg działania obu postaci , co jest plusem. Minusem było to, że i tak gdy tylko mogłem, zwłaszcza jeśli grało się na poziomie hard, grałem jedną postacią - najczęściej Billym, a drugą postać zostawiałem na długo w jakimś bezpiecznym pokoju, bo gra dwójką postaci kończyła się od razu albo wystrzelaniem wszystkich pocisków albo natychmiastową śmiercią postaci sterowanej przez komputer.
Wprowadzenie drugiej postaci powodowało także takie frustrujące mnie występujące czasem konieczności przechodzenia pewnych etapów gry od początku. Przykładowo – jeśli przed nagłą, niespodziewaną walką ze stonogą Rebeka ma akurat na swoim wyposażeniu shotguna, a musimy walczyć tylko Billym, to jesteśmy z góry skazani na porażkę, bo zabraknie mu broni i amunicji. Tak samo, jeśli w końcowych etapach gry - gdy na jakiś czas Billy będzie wyłączony z gry i miał przed tym zwrotem akcji koktajle Mołotowa, to będzie nam bardzo trudno, o ile w ogóle będzie to możliwe posunąć się w akcji, grając tak słabo wyposażoną postacią.
Wprowadzenie drugiej postaci zaowocowało pewnym błędem, który wykryłem przypadkowo w czasie przechodzenia gry. Przez całą grę, gdy wchodzimy do jakiejś zupełnie nowej, dużej lokacji albo ma nastąpić jakiś zwrot akcji wymagana jest obecność/współdziałanie blisko siebie dwóch postaci. Przed finałową walką z bossem (drzwi po długim przejściu korytarzem) sterowałem tylko Billym i nim otworzyłem drzwi do finałowego pomieszczenia z bossem, a Rebeka była w pokoju przy ostatnim saive – kilkanaście pomieszczeń dalej (miała zabrać porzucony tam sprzęt do walki). Wszedłem do finałowego bossa tylko Billym i nagle po przerywniku filmowym u mojego boku pojawiła się Rebeka – mimo, że była przed chwilą kilkanaście pomieszczeń dalej

Oczywiście walkę przegrałem, bo Rebeką jeszcze nie zabrałem broni z save-pointa
Jeśli chodzi o dodatki, to tryb Wesker Mode traktuję jako mrugnięcie okiem do fanów serii. Granie Weskerem może dostarczyć trochę frajdy, ale w moim przypadku ograniczyło się to, do przetestowania postaci (jego umiejętności) na kliku początkowych lokacjach i nie zamierzam przechodzić gry ponownie w tym dodatku. Tryb Leech hunter jest miłym dodatkiem, choć bardziej podobał mi się Mercenaries w RE 3.
Konkludując: Resident Evil Remake Zero HD jest grą dobrą, ale mnie do gustu bardziej przypadło wydane rok wcześniej Resident Evill 1 Remake HD. Największy wpływ na to miała lepsza grywalność w 1, ciekawsze projektowanie lokacji oraz lepszy system ekwipunku. Po prostu, w RE 0 archaiczne rozwiązania są dla mnie o wiele bardziej odczuwalne i dokuczliwe niż w części 1, przez co pozbawiają części przyjemności płynącej z rozgrywki.
Szakal: Po co piszesz ten sam post w dwóch różnych tematach?