Drzewa poruszały się niespokojnie. Jakby obawiały się, oczekiwały na coś nieuniknionego. Było w tym coś niepokojącego. Zło czające się powoli, ukrywające się w pobliżu. Czekające tylko na odpowiedni moment by zrzucić z siebie swoją chorobę.
Od północy niespiesznie wędrowały ciemne i gęste deszczowe chmury. Dało się zauważyć pionowe smugi deszczu schodzące w doliny.Nie obawiałem się tyle deszczu, co burzy, która jak wiadomo w górach atakuje znienacka.
Jednakże deszcz w górach ma również swoje plusy nastrojowe plusy. Szczególnie, gdy towarzyszy nam osoba płci przeciwnej i to jeszcze atrakcyjnej. Oczywiście tylko w ciepłych miesiącach niesie to ze sobą widoczne skutki. Przypomina mi się lato 51’.Byliśmy wtedy z Jessie na dwutygodniowej wycieczce w Yellowstone i już pierwszego dnia przyszedł taki deszcz…Właściwie nie wiadomo skąd. Pojawił się tak nagle i pozostawił nas zupełnie przemoczonych. Należy dodać, że Jessie była wtedy dość skromnie ubrana i owe widoczne skutki dosłownie były widocznie.”I oto jest właśnie uśmiech Georga Zbereźnika”. Nietrudno było się w niej zakochać wtedy. Wkurzona i zezłoszczona (na mnie oczywiście, bo niby, na kogo innego, to ja przecież zapewniałem ze „będzie nam towarzyszyć nieskazitelna pogoda”, ale sądzę, że nie zrozumiała wtedy tej ironii).Lecz w tej swojej złości była piękna. Była pięknym sobą. A co było dalej? O pewnych sprawach nawet w pamiętniku lepiej nie wspominać, dlatego wracajmy do 59’.
Po dwóch godzinach przyspieszonej wędrówki poprzez gęstwiny traw i drzew Arklay zaważyłem dość dużą polanę z małą drewnianą chatką. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że ów chatka stała na środku polany aż prosząc się by zostać wręcz zestrzeloną podczas burzy.Gdy zbliżyłem się do chatki spostrzegłem, że u jej wejścia przy stoliku siedzi mężczyzna.Był czymś zajęty , notował pospiesznie w zeszycie
-Dzień dobry, nie przeszkadzam? – Spytałem.
Mężczyzna nagle oderwał wzrok od zeszytu i spojrzał na mnie z powagą.Po chwili powaga przerodziła się w uśmiech.
-Ależ nie, dzień dobry – rzekł odkładając notatki na stolik – Widzę, że zapalony z pana turysta skoro niesie ze sobą pan taki majątek –dodał z uśmiechem.
-Wybieram się do schroniska na Elz.
Staliśmy niedaleko siebie, więc dokładnie widziałem jego specyficzną gestykulację. Nie był tutejszy, pochodził z miasta, choć samo jego ubranie nie wskazywało na to – Stare poszarpane jeansy i wytarta ciemna koszula.
-Ambitny plan, więc będzie pan musiał się sprężyć gdyż to jeszcze dobre pięć godzin porządnego marszu, za dnia pan nie zdąży, ale widzę, że jest pan przygotowany i taką okoliczność.
Nagle niebo przecięła długa pajęczynowa błyskawica. Po chwili nieodłącznie piorun wydał niepokojący huk. Chmury, które wcześniej jedynie na północy wydawały się być nieciekawym zjawiskiem zakryły cale niebo.
-Proponuję panu przeczekać tutaj.
Znów spojrzałem na niebo.W wysokich partiach chmur jaśniały konstrukcje błyskawic.
-Dziękuję ma pan rację w takich warunkach nie ma sensu ruszać dalej, poczekam.
CDN...
To jedno z moich pierwszych opowiadań więc proszę o wyrozumiałość
Pozdrawiam i proszę o opinię.